KOBIETA Z BATUTĄ

„Dziewczynki mogą wszystko”… To zdanie padające często w ostatnim czasie z ekranu telewizorów zadźwięczało mi w głowie gdy patrzyłam wczoraj na Annę Sułkowską-Migoń prowadzącą orkiestrę Filharmonii im. K. Szymanowskiego w Krakowie. Bo kobieta – dyrygent jeszcze nie tak dawno była swoistym dziwolągiem. Za czasów moich studiów w krakowskiej PWSM prof. Henryk Czyż po prostu nie przyjmował kobiet do swojej klasy, uważając że nie mają szans na dyrygenckim podium. No, może mogą prowadzić chór, ale repertuar symfoniczny jest poza ich możliwościami, a orkiestra też się im nie podporządkuje. Notabene, przecież dwie czołowe europejskie orkiestry – Filharmonicy Berlińscy i Filharmonicy Wiedeńscy – do ostatnich dziesiątków lat ubiegłego wieku były w pełni męskie i nie chciały kobiet w swych szeregach, co doprowadziło nawet do konfliktu Herberta von Karajana z Berlińczykami. I dziś kobiety – dyrygentki stanowią zaledwie 6% gościnnych dyrygentów na europejskich estradach. Długo można by o tym pisać…
Także u nas kobiety z batutą były uważane za swoisty dziwoląg i długo musiały walczyć o filharmoniczne estrady. Problemem poważnie dyskutowanym był nawet strój w jakim występowały, czy powinny były wystąpić. Ale panie były uparte i w końcu dopięły swego. Nie wiem czy ktoś dziś pamięta Danutę Kołodziejską, czy Marię Tunicką, pierwszą dyrygentkę która poprowadziła orkiestrę Filharmonii Narodowej? Nieco łatwiej było kolejnemu pokoleniu pań. Ewa Michnik czy Agnieszka Duczmal, choć początkowo też uznawane za ewenement, powoli zdobyły sobie prawo obywatelstwa na polskich estradach. Dziś nikogo już nie dziwi dyrygentka prowadząca z powodzeniem orkiestrę symfoniczną, a i w orkiestrach coraz więcej kobiet.
Wczoraj Anna Sułkowska-Migoń pięknie wpisała się w to początkowe zdanie. Młoda dyrygentka, jeszcze studentka krakowskiej uczelni muzycznej, niedawna laureatka międzynarodowego konkursu La Maestra w Paryżu, poprowadziła wczoraj wieczór muzyki francuskiej. Pierwsza część tego wieczoru była nostalgicznie nastrojowa, bo dyrygentka rozpoczęła ją Pavaną fis-moll op. 50 Gabriela Fauré, a potem zabrzmiał Poème op. 25 Ernesta Chaussona, w którym partię solową grał Jarosław Nadrzycki. Wprawdzie Pavanę wolałabym nieco wolniejszą, ale sposób budowania nastroju, wydobycia z orkiestry całej gamy kolorów przez dyrygentkę był bez zarzutu. Podobnie pięknie partnerowała skrzypkowi w Poemacie Chaussona, który w interpretacji Jarosława Nadrzyckiego był cudownie wyśpiewaną, tęskną pieśnią. Z radością słuchałam wczoraj artysty, który zbyt rzadko gości na krakowskiej estradzie.
Po przerwie ujrzeliśmy jeszcze inne oblicze Anny Sułkowskiej-Migoń, która z należytym temperamentem, ale i rozwagą poprowadziła obie Suity z op. Carmen Georgesa Bizeta.
W sztuce dyrygenckiej Anny Sułkowskiej-Migoń zadziwia dojrzałość ponad wiek i pewność swych artystycznych poczynań. Włada wyrazistym gestem, nic na estradzie nie dzieje się bez jej woli, a jednocześnie pozwala muzykom grać. W słuchanych wczoraj interpretacjach czuło się wzajemne porozumienie orkiestry i dyrygentki oraz swobodę. Nic więc dziwnego, że wszystkie sola zabrzmiały po prostu pięknie, czy to rozpoczynający Pavanę flet Marii Gromińskiej, czy obojowe sola Pawła Nyklewicza, czy rożek angielski Agaty Bały, czy trąbka Wojciecha Kaszuby, czy skrzypce Pawła Wajraka… To był po prostu piękny wieczór.
A ja czekam na symfonię pod batutą młodej dyrygentki. Na pewno będzie ciekawie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*