FINAŁ FESTIWALU

31 sierpnia koncertem w kościele Przemienienia Pańskiego zakończyła się 51. edycja Międzynarodowego Festiwalu „Muzyka w Starym Krakowie”. Koncert nosił tytuł „Tromba Gloriosa” bo słuchaliśmy barokowych trąbek i puzonów czyli zespołu Starck Compagnay kierowanego przez Tomasza Ślusarczyka. Artur Kovalchuk, Julian Popitsanu, Karol Gańczarczyk, Patryk Broda i Andrzej Tkaczyk wraz z kotlistą Bartoszem Sałdanem i organistą Arturem Szczerbininem grali utwory Monteverdiego, Bendinellego, siedemnastowiecznego anonima z Hiszpanii, pochodzącego także z tego wieku anonima z Węgier i Vejvanovskyego. Kościelne wnętrze niezbyt służyło do odbioru muzyki przeznaczonej głównie do prezentacji na wolnym powietrzu. Pogłos zacierał nieco szczegóły, zwłaszcza gdy muzycy stali w transepcie. Znacznie lepiej brzmieli grając na kościelnym chórze. Ale mimo tych małych niedogodności był to wieczór ciekawy, ukazujący w bardzo dobrym wykonaniu muzykę rzadko dziś goszczącą w naszych salach koncertowych.
Prezentacje Starck Compagnay dzielone były organowymi dziełami Brunckchorsta, Bacha, Karlla i Buxtehudego. Organom w pijarskim kościele daleko do instrumentu koncertowego, ale Artur Szczerbinin potrafił w w pełni wykorzystać ich możliwości i nadał prezentowanym utworom interesującą postać. Melomani z pewnością zapamiętają ten muzyczny wieczór.
W pamięci słuchaczy pozostanie też wieczór 30 sierpnia. Tego dnia w sali Filharmonii odbył się koncert który był nie tylko wydarzeniem muzycznym, lecz przede wszystkim spotkaniem z dwojgiem artystów, którzy swą działalnością dowodzą, że wierna służba muzyce jest wspaniałym drogowskazem życiowym i daje wciąż siłę do walki z przeciwnościami.
W niedzielę z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Macieja Tworka najpierw wystąpił Krzysztof Jakowicz. Artysta kończący 30 września 87 lat grał Koncert skrzypcowy D-dur KV 211 Mozarta. Nie wiem, czy są inni skrzypkowie jeszcze grający w tym wieku. Wiem, że niejeden znacznie młodszy wirtuoz skrzypiec mógłby się od Krzysztofa Jakowicza uczyć rozumienia muzyki, wrażliwości, nienagannej intonacji. W niedzielę wprawdzie w jego grze nie było dawnej siły dźwięku, ale jego interpretacja Koncertu D-dur była niezapomniana.
Po przerwie także koncert Mozarta, tym razem Koncert fortepianowy A-dur KV 488, grała z filharmoniczną orkiestrą Lidia Grychtołówna. 98-letnia pianistka ma już poważne kłopoty z chodzeniem, ale po dowiezieniu jej do instrumentu, po usadowieniu się na stołku do fortepianu, zgubiła gdzieś kilkadziesiąt lat, by zaczarować słuchaczy swą grą. Takiego Adagia, tak mądrej i zajmującej narracji jaką artystka wraz z orkiestrą zaprezentowała w niedzielę, po prostu nie da się zapomnieć. Pięknie też zabrzmiało zagrane na bis „Lento con gran espressione” Chopina. W skrajnych, szybkich częściach Koncertu A-dur Mozarta dały się zauważyć drobne problemy pianistki z pamięcią, ale nie odebrały one uroku całości prezentacji, choć w finale chyba wytrąciły ze skupienia orkiestrę. Nagle odniosłam wrażenie, że na estradzie siedzi inny niż dotąd zespół. Wcześniej w Divertimencie Macieja Radziwiłła i w bardzo rossiniowskiej w charakterze Uwerturze do opery „Szarlatan czyli wskrzeszanie umarłych” Kurpińskiego mogliśmy podziwiać pod batutą Macieja Tworka szlachetność brzemienia, lekkość i precyzję naszej orkiestry. Podobnie stylowe było towarzyszenie Krzysztofowi Jakowiczowi w Koncercie D-dur. W finale Koncertu A-dur ta szlachetność i lekkość gdzieś uleciała, zostawiając miejsce hałaśliwości. Szkoda.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*