Dwa wieczory z artystami ukraińskimi. W piątek w Bazylice Jezuitów na Wesołej Wirtuozi Lwowa pod dyrekcją Serhija Burko grali utwory Dmytra Bortniańskiego, Zoltana Almasziego, Jakiwa Stepowyja i Mieczysława Karłowicza oraz towarzyszyli Sofii Sołowij – sopran w pieśniach Myrosława Skoryka, Stanisława Ludkewycza, Stanisława Moniuszki i Fryderyka Chopina.
Wirtuozi Lwowa regularnie odwiedzają Kraków w czasie festiwalu. Zawsze z interesującym programem przygotowanym także zawsze perfekcyjnie. Tak też było i tym razem. W grze artystów lwowskich urzeka mnie bogate brzmienie, jego homogeniczność i zmienność nadająca muzyce życie pełne ekspresji. Wirtuozi Lwowa potrafią być cudownie liryczni i dramatycznie ostrzy, co znalazło szczególny wyraz z utworze Almasziego zatytułowanym „Mariupol, miasto Marii” opowiadającym o tragedii tego rozstrzelanego miasta, czy w błagalnym „Psalmie 50-tym” Myrosława Skoryka, w którym zespół instrumentalny był cudowną jednością ze śpiewaczką.
O urodzie głosu i sztuce wokalnej Sofii Sołowij pisałam już nieraz, bo artystka także jest stałą bywalczynią „Muzyki w Starym Krakowie”. W tym roku oprócz koncertu z Wirtuozami Lwowa wystąpiła dzień później wraz z pianistką Tetianą Hryskową z recitalem w sali koncertowej im. prof. St. Wojtasa w PSM II st. im. W. Żeleńskiego. Wprawdzie przed nami jeszcze sześć koncertów, ale bez wahania ten wczorajszy wieczór zaliczam do najwspanialszych w tegorocznej edycji festiwalu.
W pierwszej części wieczoru słuchaliśmy arii z oper Wagnera, Verdiego, Moniuszki, Maiborody i Pucciniego. Drugą część wypełniły pieśni Respighiego, Pucciniego, Moniuszki, Szymanowskiego, Karłowicza, Nadenenki i Ludkewycza. W sumie usłyszeliśmy piętnaście utworów, z których każdy okazał się małym spektaklem wokalnym. Dawno nie słyszałam tak przemyślanych i tak zróżnicowanych pod każdym względem interpretacji. Z chwili na chwilę, w zależności od tekstu i sytuacji dramatycznej, Sofia Sołowij zmieniała środki wyrazu, stawała się inną postacią. A wszystko to rysowała głosem o nieograniczonych – wydawało się – możliwościach barwowych, dynamicznych, emocjonalnych. To głos o jedynej w swoim rodzaju barwie, technicznie nienaganny, lejący się w cudownym legato (dlaczego nasze artystki i artyści nie umieją tak śpiewać legato?!). Nic więc dziwnego, że słuchacze (niestety nieliczni, a szkoda) nie chcieli rozstać się z artystką. A Sofia Sołowij najpierw rozbawiła nas żartobliwą piosenką ludową by potem wstrząsnąć (sic!) nami „Melodią” Myrosława Skoryka. Ten wieczór był niezapomniany!
Dodaj komentarz