Kim był Jan Engel? Gdzie się urodził, gdzie zdobył wykształcenie muzyczne umożliwiające mu objęcie prestiżowego stanowiska kapelmistrza warszawskiej kolegiaty św. Jana (późniejszej archikatedry)? Gdzie nauczył się drukarstwa muzycznego, co pozwoliło mu otworzyć w Warszawie drukarnię (nowoczesną na owe czasy) zajmującą się przez lata wydawaniem dzieł nie tylko jej właściciela? Nie wiadomo. Jan Engel pojawia się w historii naszej muzyki jako w pełni ukształtowany kompozytor, twórca licznych dzieł, w tym kilkunastu symfonii. Sześć z nich ukazało się drukiem w Warszawie w 1772 roku. Należąca do tej szóstki Symfonia G-dur otwarła piątkowy koncert filharmonicznej orkiestry. Dyrygował Michał Klauza, szef artystyczny naszej Filharmonii i było to piękne otwarcie piątkowego koncertu. Symfonia Engela utrzymana we wczesnoklasycznym stylu dowiodła dobrego rzemiosła kompozytorskiego i bogatej inwencji melodycznej, choć dziwiła nieco dysproporcja czasowa pomiędzy częściami dzieła. Po rozbudowanym Allegro assai usłyszeliśmy bowiem krótkie Andante wręcz proszące się o szersze rozwinięcie interesujących tematów oraz równie lapidarne Presto. Ten muzyczny niedosyt wynagrodziło wykonanie. Filharmoniczna orkiestra pod dyrekcją Michała Klauzy ujmowała lekkością, elegancją i wdziękiem.
Szef artystyczny Filharmonii unika stereotypów w konstruowaniu programów prowadzonych przez siebie koncertów. Tak było i w piątek. Po Symfonii Engela zabrzmiały – chyba po raz pierwszy w naszej sali koncertowej – pieśni Franza Schuberta w instrumentacji Maxa Regera. Dodać trzeba – instrumentacji po prostu pięknej, barwnej, delikatnej, ale i dramatycznej gdy to było potrzebne. I nigdy nie przytłaczającej solisty. A osiem tak zinstrumentowanych pieśni: od „Małgorzaty przy kołowrotku” po „Nacht und Träume” interpretował w piątek Patrick Kabongo, tenor władający pięknym w barwie głosem, dobrze znany w Krakowie z ciekawych prezentacji rossiniowskich bohaterów operowych. A interpretował z wielką wrażliwością muzyczną i wspaniałą sztuką wokalną. Słuchaliśmy m.in. i uduchowionej „Litaney auf Fest Aller Seelen”, i zwrotkowej pieśni „An die Musik”, i dramatycznego „Prometeusza”. To było duże przeżycie artystyczne.
Po przerwie zabrzmiała Sinfonietta Francisa Polenca. Czteroczęściowe dzieło porywające werwą i muzycznym dowcipem, z pozoru lekkie, stawia przed orkiestrą niełatwe zadania. Krakowscy filharmonicy sprostali temu wyzwaniu, choć ja wolałabym muzykę Poulenca lżejszą, potraktowaną mniej serio.
Dodaj komentarz