Gdy przeczytałam, że Łukasz Długosz z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej grać będzie Koncert G-dur Mozarta, poczułam zawód. Dlaczego znów ten koncert Mozarta? Piękny, ale w wykonaniu tego artysty słuchałam go już wielokroć. A przecież Łukasz Długosz ma w swym repertuarze inne tego typu dzieła, że wspomnę choćby Koncert fletowy Pendereckiego czy Concertino Pawła Kleckiego. Uczucie zawodu minęło jednak, gdy w piątek posłuchałam interpretacji Mozartowskiego koncertu przedstawionej przez Łukasza Długosza i filharmoniczną orkiestrę pod dyrekcją Łukasza Borowicza, interpretacji pełnej wdzięku, elegancji, wycyzelowanej w każdym szczególe.
W sztuce naszego wspaniałego flecisty urzeka mnie jego dźwięk – pełny, okrągły, miękki, idealnie wyrównany w całej skali. Jego flet brzmi jak najpiękniejszy głos ludzki, umiejętność filowania dźwięku to podobieństwo jeszcze podkreśla. W piątek Koncert G-dur po prostu „wyśpiewał”. Nie zabrakło też elementów wirtuozowskich. Te w pełni docenić mogliśmy w młodszych od Koncertu G-dur niemal o sto lat „Andante i Rondo” Franza Dopplera na dwa flety i smyczki. Tu Łukaszowi Długoszowi partnerowała żona, również wyborna flecistka, Agata Kielar-Długosz. Okazało się że zgodność artystów dotyczy nie tylko ich życia prywatnego. Na bis zabrzmiał temat z „Misji” Ennia Morricone. To też – jak się okazuje – ulubiony bis Łukasza Długosza. Tym razem zabrzmiał w wersji na dwa flety i smyczki.
Po przerwie zanurzyliśmy się w świat barw i nastrojów zmieniających się jak w kalejdoskopie za sprawą „Images” Claude’a Debussy’ego. Tryptyk francuskiego mistrza impresjonizmu rzadko ostatnio gości na filharmonicznej estradzie. Z tym większym zaciekawieniem, a i radością, słuchałam w piątek tej niesłychanie „malarskiej” muzyki. Obrazy wręcz cisnęły się przed oczy. Było to wrażenie tym silniejsze, że Łukasz Borowicz i orkiestra dołożyli wszelkich starań – z powodzeniem! – by prawdziwie malować dźwiękiem. „Gigues” porywała do tańca, „Korowody wiosenne” pulsowały energią, w „Iberii” żywiołowość przeplatała się ze rozedrganą zmysłowością upalnej nocy (wspaniałe „cykady” smyczków). Cóż za cudowna muzyka!
Dodaj komentarz