Przed laty istniało w kulturze zjawisko „sezonu ogórkowego”. W muzyce to określenie oznaczało brak koncertów i spektakli w miesiącach letnich. Dziś w Krakowie każdego dnia odbywa się co najmniej kilka imprez kulturalnych, koniec jednego festiwalu oznacza początek kolejnego. W minione czwartek i sobotę finałem Royal Opera Festival były spektakle „Sroki złodziejki” Rossiniego na gościnnej scenie Opery Krakowskiej. Dobrze brzmiącymi orkiestrą i chórem Filharmonii Krakowskiej oraz solistami dyrygował José Miguel Péres-Sierra. Reżyserem był Jochen Schőnleber, jego dziełem oraz Larsa Warnke była scenografia. Kostiumy zaprojektowała Izabella Firek. Chór przygotowała Agnieszka Ignaszewska-Magiera.
„Sroka złodziejka” – melodrama w 2 aktach – napisana przez dwudziestopięcioletniego Rossiniego do libretta Giovanniego Gherardiniego dla mediolańskiej La Scali wyróżnia się wśród partytur kompozytora i czasem jaki jej poświęcił (całe trzy miesiące), i nakładem pracy (nie ma w niej tak częstych u Rossiniego zapożyczeń z innych jego dzieł), i charakterem. Piotr Kamiński w swej monumentalnej pracy „Tysiąc i jedna opera” omawiając „Srokę złodziejkę” pisze o realizmie romantycznym w ludowej scenerii (Rossini powróci do niego w „Wilhelmie Tellu”), o braku tak charakterystycznych dla Rossiniego wątków komicznych, o niemal verdiowskim odzwierciedleniu w muzyce procesów psychologicznych poszczególnych postaci, o rozbudowanej roli orkiestry (poruszający marsz żałobny). To wszystko można było śledzić w trakcie spektaklu (uczestniczyłam w nim w czwartek).
Zaletą tej prezentacji „Sroki zodziejki” było staranne przygotowanie i bardzo dobry zestaw solistów. Na ich czoło wysunęli się w czwartek Emmanuel Franco (baryton) w roli nieszczęsnego Fernanda, ojca Ninetty. w którym można było odnaleźć zapowiedź verdiowskiego Rigoletta, i Nathanaël Tavernier (bas) jako cynicznie wykorzystujący swą władzę dla zdobycia Ninetty Podesta, który za kilkadziesiąt lat znajdzie swą ulepszoną postać w osobie Scarpii z „Toski” Pucciniego. Para zakochanych: Ninetta – uosobienie łagodności i niewinności – w którą wcieliła się Claudia Muschio (sopran) i powracający z wojska do rodzinnej wioski Gianetto czyli Patrick Kabongo (tenor) ukazali w pełni sztukę belcanta, choć kongijski tenor tak pięknie brzmiący w sali Filharmonii dziwnie utracił nieco blasku na operowej scenie. W spodenkowej roli służącego Pippo błysnęła natomiast Francesca Di Sauro (mezzosopran). Dobrze zaprezentowali się wykonawcy pomniejszych ról: Matteo Torcaso (baryton) – Fabrizio, Gaja Vittoria Pellizzari (sopran) – Lucia, Davide Zaccherini (tenor) – Isacco), Timoteo Bene (tenor) – Antonio i Giovanni Accardi (baryton) – Giorgio. Ta prezentacja „Sroki złodziejki” zapisze się w pamięci krakowskich melomanów. Szkoda tylko że nie zważając na rozmiary dzieła (przeszło trzy godziny muzyki) spektakl rozpoczęto o 19.30. Gdy opuściliśmy gmach Opery, komunikacja dzienna już nie funkcjonowała. Nocna nie zaczęła jeszcze działalności. Pozostał spacer. Na szczęście pogoda dopisała.
Dzień później w filharmonicznej sali Sinfonietta Cracovia pod dyrekcją niemieckiego dyrygenta Jürgena Brunsa zainaugurowała 22. Festiwalu Muzyki Polskiej. Ta edycja festiwalu skupia się głównie na twórczości kompozytorów działających poza granicami Polski. Stąd też program koncertu inauguracyjnego został złożony z utworów Aleksandra Tansmana (Triptique), Szymona Laksa (Sinfonietta na orkiestrę smyczkową), Jerzego Fitelberga (Concerto) i Mieczysława Karłowicza (Serenada op. 2). Ten koncert był powtórzeniem wydarzenia muzycznego które odbyło się z inicjatywy Jürgena Brunsa w berlińskim Konzerthausie w 2004 roku w ramach festiwalu „Polska w sercu – komponowanie na wygnaniu”, poprzedzającym przystąpienie Polski do Unii Europejskiej.
Tansman, Laks i Fitelberg to niemal rówieśnicy. Ich utwory powstały w tym samym dziesięcioleciu, oni sami swe muzyczne doświadczenie zdobywali w Paryżu lat dwudziestych. Wpływy neoklasyczne są w ich twórczości bardzo wyraźne. Prezentowane w piątek utwory ujmowały świetnym warsztatem, przejrzystością i lekkością, tym, co Francuzi określają „esprit”. A jednocześnie nie brakuje w nich rysu słowiańskości, wręcz polskości. W pełni odzwierciedlają myśl Aleksandra Tansmana, który stwierdził, że dąży do „cudownej syntezy polskiej wrażliwości z francuską klarownością i umiarem”. Twórczość tych trzech kompozytorów jest u nas mało znana, jak w przypadku Tansmana i Laksa, lub prawie w ogóle nie znana, jak w przypadku Jerzego Fitelberga. A – jak się okazało w piątek – to piękne karty polskiej historii muzyki. Szczególnie piękne, gdy poznaje się je w tak świetnym wykonaniu, jakie zaprezentowała Sinfonietta Cracovia pod dyrekcją niemieckiego maestra.
Zestawienie twórczości trzech neoklasyków z późnoromantyczną Serenadą Karłowicza, którego 150. rocznicę urodzin obchodzimy w tym roku udowodniło – mimo różnic emocji i ekspresji – podobną wrażliwość kompozytorów i ciągłość polskiego myślenia o muzyce. Niewątpliwie przyczynił się do tego sposób odczytania Karłowiczowskiej partytury przez Jürgena Brunsa, który wydobywając liczne a dotąd pomijane jej szczegóły ukazał mistrzostwo warsztatowe dzieła uważanego dotąd za młodzieńczy, a więc mało ważny utwór.
Dodaj komentarz