MARINA

W sobotę 11 lipca w ramach Royal Opera Festival po pełnej powagi „Semiramidzie” Rossiniego, czyli typowej włoskiej operze seria, hiszpańska muzyczna zabawa – „Marina” Emilia Arriety, dziewiętnastowiecznego mistrza zarzueli. Kompozytor urodzony we wspólnocie autonomicznej Navarra wykształcony był we Włoszech, w swych dziełach operowych i w zarzuelach umiejętnie łączył tradycje rodzimego folkloru ze zdobyczami włoskiej opery romantycznej. Wczoraj chwilami słychać było wyraźne wpływy Donizettiego. Jeśli dodać do tego bogatą inwencję melodyczną Arriety i dobre wyczucie sceny, to nie dziwota że wczoraj w filharmonicznej sali było po prostu ciekawie.
Wczoraj słuchaliśmy (prezentacja była tym razem koncertowa) najsłynniejszej z blisko pięćdziesięciu zarzuzel Arriety – „Mariny” napisanej do libretta Francisca Camprodóna. Nie była to oryginalna wersja dzieła, bo kilkanaście lat po premierze kompozytor przerobił dwuaktową zarzuelę w trzyaktową operę. Wystawiona w 1871 roku w madryckim Teatro Real była pierwszą operą zaśpiewaną po hiszpańsku.
Tematyka „Mariny” to – jak zazwyczaj w zarzuelach – opowieść o życiu zwyczajnych ludzi. Tym razem jesteśmy w rybackiej wiosce oczekującej na powrót statków. Tytułowa Marina, sierota przygarnięta przez marynarza Jorge, darzy go uczuciem. Jemu także nie jest obojętna, ale nigdy nie wyznali sobie miłości. Gdy więc Marinie oświadcza się Pascual, dziewczyna odsyła go do swego opiekuna licząc, że ten odmówi ujawniając swe uczucia. Tymczasem Jorge nie podejrzewając miłości Mariny zgadza się na ten związek. Oboje potem cierpią, na szczęście nieuzasadniona zazdrość Pascuala prowadzi do zerwania zaręczyn i do wyznania obopólnych uczuć. Wszystko więc kończy się zapowiadanym wcześniej ślubem, tylko pan młody jest inny, niż pierwotnie planowano.
Autor libretta wiedział, że wątek miłosny nie wystarczy, by utrzymać uwagę słuchaczy, zadbał więc i o trochę komizmu. A tego dostarczała postać starego marynarza Roque, mizogina twierdzącego że Bóg tworząc kobietę pozbawił mężczyznę żebra i zarazem przyczynił mu wroga. Wczoraj w tę postać wcielił się Pietro Spagnoli – bas-baryton i był to dla mnie – i wokalnie i aktorsko – najjaśniejszy punkt wczorajszej prezentacji. Podkreślić jednak trzeba, że wszyscy wykonawcy stanęli na wysokości zadania. Marinę śpiewała Maylin Cruz – kubański sopran o ładnej barwie i dużych umiejętnościach wokalnych, choć pod koniec zdarzały się jej usterki w intonacji wysokich dźwięków. Jej ukochanym Jorge był hiszpański tenor Antoni Lliteres obdarzony dużym głosem i nieco go forsujący w I akcie. Znacznie lepiej, bo delikatniej, brzmiał po przerwie. Z radością powitałam powrót do Krakowa meksykańsko-holenderskiego barytona Emmanuela Franco, tym razem w roli zazdrosnego Pascuala. To piękny głos i duża muzykalność. W pomniejszych rolach wystąpili: Gaja Vittoria Pellizzari – mezosopran i Giovannu Accardi – baryton. Dobrze śpiewający chór (przyg. Agnieszka Ignaszewska-Magiera) i wrażliwie reagującą na batutę dyrygenta orkiestrę (ładne solo waltorni, piękne sola fletowe) poprowadził José Miguel Pėrez-Sierra. Hiszpański maestro gościł już na krakowskim festiwalu i dał się poznać z jak najlepszej strony. Wczoraj potwierdził swą markę.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*