SEMIRAMIDA

Gioachino Rossini kojarzy się nam przede wszystkim z operami buffa, bo one najczęściej pojawiają się w naszych teatrach muzycznych. Znacznie rzadziej mamy kontakt z jego operami seria. W minioną niedzielę w ramach Royal Opera Festival mogliśmy uczestniczyć w koncertowej prezentacji jego „Semiramidy” określonej przez kompozytora mianem „melodrama tragico”. Libretto opracowane na podstawie tragedii Voltera pod tym samym tytułem opowiada o królowej Babilonu (w tej roli Diana Haller – sopran) która przed laty w zmowie z ówczesnym kochankiem, księciem Assurem (Mark Kurmanbayew – bas), otruła męża, króla Ninasa, a teraz zapałała uczuciem do młodego wodza Arsace (Marina Viotti – mezzosopran), postanowiła poślubić go i uczynić królem. Arsace kocha księżniczkę Azemę (Ilaria Monteverdi – sopran), o której marzą też dążący do korony Assur i hinduski książę Idrene (Patrick Kabongo). Gdy Semiramis chce ogłosić ludowi swe postanowienie, w uroczystość włączają się siły nadprzyrodzone. Duch króla Ninasa (Patryk Wyborski – bas) domaga się pomszczenia. Od kapłana Oroesa (Nathanaël Tavernier – bas) Arsace dowiaduje się że jest synem otrutego króla i dostaje miecz którym ma dokonać zemsty. Chce zabić Assura, ale ocalić matkę. Los chce inaczej, w ciemności nocy jego cios spada na Semiramis. Assur zostaje aresztowany, a Arsace jako przyszły król wkracza do pałacu.
To libretto Rossini w ciągu trzydziestu trzech dni oprawił muzyką po prostu piękną, porywającą w partii orkiestry muzycznymi pomysłami (np. kapitalny motyw czterech rogów), mieniącą się barwami i nastrojami. Brawurowe arie i sceny zbiorowe porywają wirtuozerią. Nie brak wręcz romantycznej liryki (vide duet Arsace i Semiramis w II akcie), wybornej sceny obłędu i ciekawych partii chóralnych. Partytura „Semiramidy” dobrze świadczy o sile talentu Rossiniego i jego mistrzostwie warsztatowym. Mistrzów też trzeba, by należycie oddać jej urok.
W niedzielę orkiestrę i chór Filharmonii im. K. Szymanowskiego (przygotowanie chóru Agnieszka Ignaszewska-Magiera) oraz solistów poprowadził Andriy Yurkevych, dyrygent wytrawny. Nadał obszernemu dziełu (blisko cztery godziny muzyki) odpowiednie tempo, bardzo dobrze współpracował z solistami. Na pochwały zasłużyli artyści Filharmonii. Orkiestra i chór są w bardzo dobrej formie. Ensemble solistów był bez zarzutu. To było prawdziwe belcanto. Może tylko wolałabym u śpiewających pań mniej ostre „góry”. W sumie kto nie był, niech żałuje.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*