MISTRZOWIE WIEDEŃSCY

Wiedeńczyk Sacha Goetzel poprowadził w piątek z orkiestrą Filharmonii dwa utwory twórców związanych z Wiedniem: Ludwiga van Beethovena i Gustawa Mahlera. Słuchając zastanawiałam się ile w tych interpretacjach jest przyjętego nad Dunajem kanonu wykonawczego, a ile własnego spojrzenia na te dzieła. Sądzę że przeważało to drugie, szczególnie w przypadku VIII Symfonii F-dur Beethovena. Nie wiem czy kiedykolwiek słyszałam Symfonię F-dur tak nasyconą energią i tak pełną kontrastów. Wprawdzie prof. Małgorzata Janicka-Słysz w drukowanym programie napisała że istotą Beethovenowskiego stylu jest gra kontrastami, ale nigdy nie odczułam tego tak wyraźnie jak właśnie w piątek. Sacha Goetzel podkreślił też, silniej niż to się dzieje zazwyczaj, wszystkie nieoczekiwane przez słuchaczy a wyśmienicie pomyślane przez Beethovena zaskakujące zwroty muzycznej akcji stosując jej zawieszenia i rallentanda. W sumie była to interpretacja bliższa emocjonalnie romantyzmowi niż klasycznej równowadze muzycznych elementów. Była ciekawa, ale ja jednak wolę bardziej klasyczne podejście do tej materii muzycznej.
Po przerwie zabrzmiała „Pieśń o ziemi” Gustawa Mahlera. Partie solowe śpiewali Ester Pavlů – mezzosopran i Mickael Spadaccini – tenor. I tu mogliśmy poznać całe mistrzostwo interpretacyjne Sachy Goetzela. Dyrygent bardzo dobrze wczuł się w jedyną w swoim rodzaju atmosferę dzieła Mahlera. Wybornie zróżnicował charakter każdej z pieśni. Dramatyczny był początkowy „Toast o ziemskiej żałości”, przesycona nostalgią – pieśń „Samotny jesienią”. Delikatnie orientalne były pieśni „O młodości” i „O pięknie”. Burzliwy „Pijany jesienią” był dobrym doprowadzeniem do „Pożegnania”, z jego przesyconego smutkiem i pustką początku, wstrząsającym instrumentalnym marszem żałobnym będącym pożegnaniem ze światem i finałem ze światełkiem nadziei jaką daje wciąż odnawiające się życie na ziemi. Były w tej interpretacji i potężne kulminacje, i momenty wręcz nieuchwytnej delikatności. Ta interpretacja unaoczniła też mistrzostwo kompozytorskie Mahlera. Jak cudownie pięknemu mezzosopranowi artystki w oddaniu smutku i samotności wtórowały delikatne smyczki i samotny obój (Pweł Nyklewicz), w które niepokój wprowadzały krótkie interwencje instrumentów dętych! Takich muzycznych cymeliów było w piątek więcej. Wszyscy instrumentaliści Filharmonii Krakowskiej swoje zadania spełnili bez zarzutu, podążając zgodnie za zamysłami dyrygenta. Podobnie dobrą mahlerowską atmosferę tworzyła Ester Pawlů. Ducha Mahlera zabrakło mi trochę w interpretacjach Michaela Spadacciniego. Wydaje mi się, że belgijsko-włoskiemu tenorowi bliższa jest włoska opera niż wiedeński weltschmerz przełomu wieków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*