W piątek w pełnej słuchaczy filharmonicznej sali po wybrzmieniu ostatniego dźwięku „Pieśni Solveigi” z „Peer Gynta” Edvarda Griega zapanowała idealna cisza. Byliśmy jak zaczarowani i chcieliśmy by ten czar trwał jak najdłużej. Dopiero potem rozległy się burzliwe i długotrwałe oklaski.
„Pieśń Solveigi” kończyła w piątek koncert filharmonicznej orkiestry pod dyrekcją Łukasza Borowicza. I gościnny dyrygent naszej Filharmonii tym razem niemal cały koncert poświęcił muzyce „Chopina Północy”. W drugiej części wieczoru poprowadził obie suity z „Peer Gynta” (op. 46 i op. 55) wspaniale różnicując nie tylko nastrój i tempa poszczególnych obrazów, lecz przede wszystkim ich kolor. To było prawdziwe malarstwo muzyczne!
Wcześniej słuchaliśmy Koncertu fortepianowego a-moll op. 16 Edvarda Griega. Partię solową interpretowała Aleksandra Świgut. To wielka indywidualistka niejednokrotnie znacznie odbiegająca w swych interpretacjach od przyjętych reguł. Przyznam się, nie zawsze mi z nią po drodze. Ale Koncert a-moll w jej wykonaniu okazał się majstersztykiem, muzyką pełną późnoromantycznej emocji, barwną, płynącą swobodnie, czasem bardzo swobodnie, co nie ułatwiało dyrygentowi towarzyszenia jej z orkiestrą. Ale Łukasz Borowicz (patrzący w piątek bardziej na klawiaturę niż na orkiestrę) był z nią jednością. Wspólnie stworzyli piękną kreację. A na bis artystka najpierw zaprezentowała groźną w wyrazie interpretację fragmentu „Peer Gynta” czyli „W grocie Króla Gór”, a potem urzekła słuchaczy delikatnością i księżycowym nastrojem w „Nokturnie” Griega.
Piątkowy wieczór Łukasz Borowicz rozpoczął „Finlandią” Jeana Sibeliusa. To muzyka pisana do żywego obrazu a więc programowa, opisująca walkę Finlandii z zagrażającymi jej złymi mocami. To nieco inny Sibelius niż zazwyczaj, zwięzły, energetyczny i niesłychanie barwny. Tak, ten wieczór pod batutą Łukasza Borowicza urzekał przede wszystkim barwami orkiestry. Ile można wyczytać nowego z, wydawałoby się, dobrze znanych partytur!
Dodaj komentarz