Na pytanie, jaka muzyka najlepiej łagodzi zimowe smutki i przywraca radość istnienia, po piątkowym koncercie Filharmonii Krakowskiej odpowiem: Mozart i Orff. Wychodziliśmy z filharmonicznej sali pełni energii i entuzjazmu. I te uczucia długo nam towarzyszyły.
Wydaje się że program piątkowego koncertu został zestawiony na zasadzie kontrastu. No bo co może łączyć osiemnastowieczną elegancję, wdzięk i lekkość Symfonii Koncertującej Es-dur KV 297b Mozarta z dwudziestowieczną żywiołowością graniczącą chwilami wręcz z rozpasaniem „Pieśni z Burano” Carla Orffa? Tymczasem słuchając w piątek obu utworów nie odczuwałam jakiegoś dysonansu. Głównie za sprawą prowadzącego wieczór Łukasza Borowicza, I Dyrygenta Gościnnego naszej Filharmonii, ale także wszystkich licznych wykonawców, którzy tego wieczoru byli jednością z dyrygentem.
W piątek w interpretacjach obu utworów ujęła mnie pięknie zaprojektowana dramaturgia obu utworów, a zarazem cyzelacja szczegółów. Partie concertina w Symfonii Koncertującej Mozarta grali artyści Filharmonii: Paweł Nyklewicz – obój, Michał Poniżnik – klarnet, Adam Kozłowski – waltornia i Wojciech Turek – fagot. Mieli niełatwe zadanie, bo Mozart pisał te partie zainspirowany sztuką wyśmienitych współczesnych mu instrumentalistów. Poza tym wiadomo, że najtrudniej gra się wśród „swoich”. Ale tym razem ci „swoi” nie czyhali na ewentualne błędy, lecz cieszyli się ze wspólnego muzykowania. To się po prostu czuło. Nic więc dziwnego, że po pierwszym, nieco nerwowym wejściu instrumentów koncertujących, całość popłynęła pięknym, wspólnym nurtem.
Nie zliczę ile razy słuchałam „Carmina burana” Orffa. Tym razem jednak porwały mnie swoją świeżością, zróżnicowaniem temp, dynamiki i ekspresji, wręcz malarskością w objaśnianiu muzyką tekstów poszczególnych pieśni. Olbrzymi aparat wykonawczy świetnie realizował każde zamierzenie dyrygenta. A słuchaliśmy – obok orkiestry – Chóru Filharmonii (przygotowanie Janusz Wierzgacz), filharmonicznego Chóru Chłopięcego i Dziewczęcego (przygotowanie Maria Dziedzic-Król) i działającego w strukturach Filharmonii Ukraińskiego Chóru Dziecięcego (przygotowanie Olena Yatskulynets). Wspaniali byli soliści. Zapadł mi w serce słodki sopran Gabrieli Hrženjak, cieszył i bawił Michał Czerniawski (kontratenor) lamentujący jako łabędź pieczony na rożnie, porywał Mark Stone (baryton) znajdujący dla każdej pieśni inną, należną jej barwę i emocję. Ta prezentacja „Pieśni z Burano” zostanie w mojej pamięci.
I na koniec… Zawsze z uwagą i przyjemnością czytam teksty Doroty Staszkiewicz w drukowanym programie koncertowym. Podobnie było i tym razem, choć uwierała mnie liczba pojedyncza w stosunku do „Carmina burana”. Wprawdzie autorka napisała, że utwór jest kantatą, więc tę liczbę pojedynczą można by odnosić do niej, ale w zestawieniu z tytułem wolałabym przynależną mu liczbę mnogą (carmina to liczba mnoga od łacińskiego carmen czyli pieśń).
Dodaj komentarz