ORFEUSZ WIEDEŃSKI

Opera „Orfeusz i Eurydyka” Christopha Willibalda Glucka jest powszechnie znana, ale śmiem przypuszczać, że w miniony czwartek wśród obecnych w filharmonicznej sali było wielu takich, którzy próżno szukali w prezentowanej muzyce niektórych znanych sobie motywów, jak choćby słynna „Melodia” z II aktu obrazująca Szczęśliwe Cienie przebywające na Polach Elizejskich. Rzecz w tym, że tym razem wykonano pierwszą, wiedeńską wersję arcydzieła Glucka. Dwa lata później kompozytor przygotowując swą operę dla francuskiej sceny wzbogacił partyturę według nadsekwańskich gustów. I ta właśnie wersja częściej gości na operowej scenie. Ale słuchając w czwartek wiedeńskiej wersji wcale nie czułam jakiegokolwiek zubożenia partytury, a to głównie dzięki wykonawcom.
W czwartek „Orfeusza i Eurydykę” zaprezentowała Capella Cracoviensis pod dyrekcją Ovaina Parka. Orfeusza kreowała Justyna Rapacz (mezzosopran), Eurydykę – Natalia Kawałek (mezzosopran), Amora – Anna Koehler – sopran. Brytyjski dyrygent jest też śpiewakiem, ma też dużą praktykę w pracy z chórami i to dało się w czwartek zauważyć. Chór był na równi z solistkami kreatorem muzycznego dramatu. Szczególnie dało się to zauważyć na początku II aktu, gdy piekielne furie i larwy broniące Orfeuszowi wstępu do krainy zmarłych łagodnieją pod wpływem jego śpiewu. Takiego zróżnicowania ekspresji, dynamiki, nawet emisji dawno nie słyszałam. W ogóle estradowe wykonanie opery pozwala na nieco inne niż zwyczajowe na nią spojrzenie. W czwartek nie zajmując się sytuacjami scenicznymi mogłam bardziej skupić się na orkiestrze i dostrzec mistrzostwo kompozytora w stosowaniu retoryki muzycznej. Ale też Ovain Park z pieczołowitością, wręcz z miłością, realizował partyturę Glucka. Świetne było np. wydzielenie grupy instrumentalistów towarzyszących jako echo lamentom Orfeusza. Dawało to poczucie przestrzenności muzycznej. A ponieważ Ovain Park nie po raz pierwszy współpracował z Capellą Cracoviensis, ich porozumienie było niemal idealne. Podobnie idealnie dyrygent współpracował z solistkami. A o nich także trzeba pisać w superlatywach przede wszystkim za umiejętność stworzenia głosem prawdziwego muzycznego teatru. Nie wiem tylko dlaczego partię Eurydyki, przecież sopranową, powierzono mezzosopranowi. Natalia Kawałek była wzruszającą Eurydyką, ale brakło mi kontrastu barwy głosu pomiędzy mitycznymi małżonkami. I to chyba był jedyny minus czwartkowej prezentacji opery.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*