Mistrzowska muzyka, mistrzowskie interpretacje… Tak mogłaby wyglądać relacja z piątkowego koncertu Filharmonii Krakowskiej. Solistą wieczoru był Roger Muraro. Artysta 35 lat temu, czyli w czasach swej młodości, był w Krakowie. Brał udział w przygotowanym wówczas przez Jerzego Stankiewicza Festiwalu Messiaenowskim, niejako w zastępstwie za swą mentorkę Yvonne Loriod, która nie mogła przyjechać na prezentację utworów swego znakomitego męża. W piątek powrócił jako już legendarny pianista francuski, laureat najpoważniejszych konkursów, ceniony za wielką ekspresję swoich prezentacji i za błyskotliwą technikę, wyśmienity interpretator m.in. utworów Messiaena i Ravela. Komplet ich dzieł fortepianowych utrwalił na płytach. W piątek wykonał partie solowe dwóch koncertów Maurice’a Ravela: Koncertu G-dur i napisanego z myślą o Paulu Wittgensteinie okaleczonym w czasie I wojny światowej Koncertu D-dur na lewą rękę. Towarzyszyła mu filharmoniczna orkiestra pod dyrekcją Michała Klauzy.
Po wysłuchaniu obu Koncertów powiedzieć mogę jedno: takiego Ravela dotąd nie słyszeliśmy i długo nie usłyszymy. W piątek uwagę zwracał gatunek dźwięku jakim dysponuje Roger Muraro, bogaty w barwy, o olbrzymim zróżnicowaniu dynamicznym. Urzekło mnie szczególnie Adagio assai z Koncertu G-dur i długie budowanie napięcia, od delikatnego początku do pełnej kulminacji. Można też było w nim śledzić wyjątkową korespondencję pomiędzy pianistą a solistami orkiestry. Roger Muraro wręcz przekazywał im tworzoną narrację, by budowali ją dalej, aby oddać mu ją z powrotem. Ale oba koncerty znalazły w pianiście oraz w orkiestrze pod dyrekcją Michała Klauzy wspaniałych interpretatorów. Orkiestra szczególnie mnie zachwyciła mrocznym, wręcz groźnym, początkiem Koncertu D-dur.
W obu Koncertach Ravela odbija się cały ówczesny muzyczny Paryż, wszak kompozytor słynął z pastiszu i stylizacji. Z Koncertu G-dur radośnie uśmiechali się do nas Gershwin i Satie. W Koncercie D-dur słyszeliśmy echa Tańca Kościeja z „Ognistego ptaka” Strawińskiego.
Słuchając po przerwie dwóch Suit z „Arlezjanki” Georgesa Bizeta myślałam, że nie doceniamy tego kompozytora. Znamy i kochamy „Carmen”, więc wiemy że był obdarzony wspaniałą inwencją melodyczną, że miał świetny zmysł dramatyczny. I Suita z „Arlezjanki”, muzyki napisanej do sztuki Alphonse’a Daudeta, w świetnym piątkowym wykonaniu pozwoliła cieszyć się mistrzostwem instrumentacji, jakim cechował się Bizet. Było to tym bardziej wyraźne w zestawieniu z II Suitą zinstrumentowaną już po śmierci Bizeta przez jego przyjaciela Ernesta Guiraud. Instrumentacja okazała się udana, wdzięczna, ale finezji I Suity w niej zabrakło.
Dodaj komentarz